2010-06-28 12:46:34 >> O surfowaniu, o ostatnim takim miejscu w krainie błękitu a przede wszystkim o zmartwychwstaniu...A.D. 2010 Dzień 28 czerwca. Jakiś czas temu, gdy siedziałem na galeryjce rufowej Fregaty o Szkarłatnych Żaglach sącząc bursztynowy trunek w zacnym towarzystwie aromatycznie spopielającego się samego Le Comte de Monte Cristo przyszły do mnie wspomnienia o dawnych cham'ach, o męskiej włóczędze przez mały-wielki błękit, o prawdziwych przyjaźniach, o szczerych twardych chłopach... wszystko to zainspirowało myśl o zmartwychwstaniu [nie było by to pierwsze w historii świata]. Podzieliłem się tymi przemyśleniami z Gwiazdą Poranną, a ona bez namysły powiedziała "to bardzo dobry pomysł działaj Navigatorze". Nie tracą ani chwili rozesłałem chłopców okrętowych do potencjalnych uczestników ekspedycji z wiadomości: "Waszmościowie czas powrócić na stary szlak małego-wielkiego błękitu - przybywajcie". Pierwszy na wezwanie odpowiedział SparkMaster wielki znawca żeglarskiego rzemiosła i poskromiciel dwukołowych rumaków, chwilę później przyszła odpowiedź od McButcher'a, on również potwierdził udział. Tak jak przypuszczałem [po mimo przemyślnego fortelu – za dobrze mnie zna;)] Mroczny Ogniomistrz nie odważył się wyruszyć na spotkanie z wodą i wiatrem, ale mogę powiedzieć, iż próbowałem - nie wie, co stracił i niech żałuje. Ostatnie wiadomości przyszły od Wielkiego Elektronika i El Criadora i tak oto pięciu chłopa SparkMaster, McButcher, Wielki Elektronik, El Criador i ja postanowiliśmy ruszyć starym szlakiem cham'ów. Dzień obrany na początek wyprawy przywitał nas słońcem, piekielnym żarem, bezchmurnych niebem a przede wszystkim nieruchomym powietrzem w skrócie mówiąc "lampa" no cóż i tak bywa. Pożegnałem się z Gwiazdą Poranną i Panem Wiatrów zarzuciłem worek na plecy i wraz z SM i WE ruszyliśmy w drogę ku przystań, na której to czekał na nas kołysząc się leniwie na falach Podróżnik, z McB i ElC spotkać mieliśmy się na już miejscu. Bez większych problemów dotarliśmy na miejsce, po dorodz zaopatrzyliśmy się w prowiant, co by po za syceniem duszy ciało także nie zostało zapomniane ;). Kiedy za zasztauowaliśmy wszystko, co należało zasztauować pod pokładem, oddaliśmy cumy i wreszcie poczuliśmy tak wytęskniony delikatny rozkołys błękitu, kołyszący spokojnie Podróżnikiem delikatny wiatr muśnięciem rozwinął foka, a my z SM ciesząc się lenistwem stwierdziliśmy, że stawianie grota jest zupełnie bezcelowe wszak pływanie na sztakslach jest wiece przyjemne, zacne, zgodne z sztuką a przede wszystkim pozwala cieszyć się lenistwem... Obraliśmy kurs na dobrze nam znany stary port, nad którym wznosił XVII-wieczny pałac rodu Lehndorff. Cóż można więcej chcieć w takiej chwili ponad cudowne lenistwo na pokładzie jachtu spokojnie płynącego obranym kursem do celu, czuliśmy niemal czas przepływający nam między placami z identyczną prędkością, jaką osiągał Podróżnik... Ale żeby nie było za nudno i tak monotonnie to bogowie eteru i wodnej toni postanowili zgotować nam "maleńką" niespodziankę, niebo pociemniało, wiatr z lekkich podmuchów zamienił się w równy, lekko rosnący świeży wiatr a od północnego zachodu zaczęły dochodzić nas złowieszcze pomruki burzy okraszone widowiskowymi fajerwerkami piorunów pięknie kontrastującymi z czarnymi chmurami układającymi się w malowniczy kołnierz burzowy. Wraz z SM stwierdziliśmy, iż jedynym słusznym działaniem w tejże sytuacji jest "odpalenie katarynki" i jak najszybsze schronienie się w porcie przy kei, z której będziemy podziwiali widowisko natury racząc się mocnymi trunkami, co by ogrzać [prawdopodobnie za chwilę przemoknięte] ciała uczestników ekspedycji. Zamysł, który podjęliśmy do realizacji udało się nam wykonać prawie, w 100%, choć słowem kluczowym jest słowo prawie. W chwili, gdy od kanału prowadzącego do portu dzielił nas zaledwie kłódki skok bogowie żywiołów postanowili się z nami zabawić. W jednym mgnieniu oka świeży wiatr zamienił się w solidne szkwały a gładka toń jeziora w góry i doliny fal o przepięknie zwieńczonych pianą grzbietach. Co poniektóre bardziej ciekawskie fale pozwoliły sobie na zagoszczenie na pokładzie z przyjacielską acz niezapowiedzianą wizytą czyniąc przy tym lekki zamęt w śród niedoświadczonych członków naszej załogi [trzeba tu wspomnieć, iż po kilku słowach pokrzepienia i otuchy naprawdę dzielnie balastowali na burtach]. W czasie, kiedy SM dzierżąc rumple prowadził Podróżnika w tym dzikim tangu dosłownie surfując od czasu do czas, na co większej fali, ja postanowiłem co nieco poprawić strój[foka] zdobiący nasz dzielny jacht, który na wzmagającym się wietrze pozwoli się rozwinąć w nieładzie. Pomimo usilnych starań i pomocy ElC przy wybieraniu fału rolera z przykrością muszę powiedzieć, iż nie całą "suknię" udało nam się zebrać oczywiście zmieniliśmy pełną suknię balową na mini, lecz nic to nie dało [roler bez sztywnego sztagu ma cudowną tendencję do plątania się i odmawiania współpracy w najmniej porządnych i oczekiwanych chwilach] przy jednym z szwów po prostu trzasło no cóż i tak bywa... Chwilę po tym bogowie uspokoili się pozostawiając nas w towarzystwie jedynie mało przyjemnego deszczu. Powoli, nie spiesznie zajęliśmy się klarowaniem pokładu, zabezpieczeniem foka, co by bardziej się "na szwie nie puścił" i innej równie przyjemnej krzątaninie, nagle przypomnieliśmy sobie, iż całą naszą taneczną zabawę McB spędził pod pokładem z pewną nutką nieśmiałości zajrzeliśmy przez zejściówkę pod pokład będąc przygotowanymi na krew, łzy, pot i wszelakie obelgi, ale... przywitała nas cisza, chłodny, niemy spokój twarzy McB i "krajobraz". który gdyby nie liczyć fragmentów zastawy kapitańskiej z „wiedeńskiej porcelany” zaściełających podłogę jak przysłowiowe mchu runo nic by nie zdradzało, iż chwilę temu zatańczyliśmy surf-tango. Gdy już wszystko, co miało być sklarowane zostało sklarowane ponownie położyliśmy się na uprzednio obranym kursie i ruszyliśmy do portu, w którym to chcieliśmy znaleźć ciepłą strawę, osuszyć się i oczywiscie jakoś butelczynę a rano odszukać żaglomistrza by ten dokonał naprawy w garderobie Podróżnika - tym razem plan został zrealizowany w 110 % - skąd to nadprogramowe 10%, hmm o tym powinien opowiedzieć sam McB, ja nie śmiem;). Po jakże miło spędzonym wieczorze... w gościnnym porcie rodu Lehndorff, poranek przywiał nas zapowiedzią pięknego i spokojnego dnia [tak, tak już to gdzieś słyszałem, można powiedzieć;)]. Oddaliśmy fok w ręce żaglomistrza, dokonaliśmy ablucji i udaliśmy się sniadać do górującej nad portem "tawerny", zamówiliśmy jadło i napoje by wzmocnić i pokrzepić się, rozsiedliśmy się ławą przy stoliku z piękną perspektywą dającą nam pełen obraz tego, co w basenie portowym dziać się zaczynało - a działo się wiele, czemu sprzyjają wiatr złośnik, co wiał równo, niezbyt silnie, ale z zupełnie "nie wygodnego" odejściu kierunku. Spożywając leniwie posiłek i racząc się pysznymi chłodnymi napojami obserwowaliśmy spektakl wystawiony przez współbraci żeglarzy pt. "nie-boska komedyja wyjścia" wiem, wiem nie uchodzi pozwalać sobie na zbytkowanie z trudu podejmowanego przez bliźnich tak, więc pozostawię to w uśmiechniętym milczeniu. Pozwolę sobie pominąć czas spędzony na oczekiwaniu na finał prac żaglomistrza uszczegóławiając jeno, że żaglomistrzem okazała się niewiasta biegła w sztuce nie tylko naprawy żagli, ale i w wynegocjowaniu ceny - siła wyższa;); i innych działa poczynionych przez naszą załogę przed ponownym wyjściem na mały-wielki błękit. Ale byłbym podłym, obrzydliwym profanem gdybym zapomniał wspomnieć o niespodziance, jaką nam zgotował McB gdyśmy to my właśnie sposobili się do wyjścia z portu. A mianowicie wraz s SM obmyśliliśmy sobie dość specyficzne acz wielce spokojne i leniwe odejście od kei. Ale po kolei oddaliśmy cumy rufowe [ tu należy wspomnieć, iż stanęliśmy rufą do kei] nie oddając cumy dziobowej, nad którą to pieczę sprawował McB pozwoliliśmy by wiatr nas odkręciła dziobem ku wyjściu z portu, w chwili, kiedy odpalaliśmy "katarynkę" jednocześnie z SM spojrzeliśmy na siebie z bardzo zdziwionymi minami, czując, iż Podróżnik powolny sile wiatru zaczyna wykonywać niezamierzony manewr prowadzący niechybnie do spotkania z przeciwległa keją. Co się okazało McB pracujący na cumie dziobowej stwierdził, w swojej dobroduszności, iż już dość się cumisko napracowało i można ją zwolnić nic nikomu nie mówiąc... na szczęście Podróżnik nabrał dzięki "katarynce"dość skoro prędkości manewrowej i zażegnaliśmy niebezpieczeństwo przyłączenia się do trupy teatrum "wyjścia z portu" - całość skwitowaliśmy gromkim śmiechem i ogólną radością na pokładzie no może tylko McB jakoś nie spieszył się by do wesołości przystąpić... ;) zupełnie nie wiedzącz czemu.. Gdy już fale ponownie rozkołysały pieszczotami Podróżnika, a wiatr delikatnie muskał foka-suknię, obraliśmy kurs na sam kraniec krainy błękitu gdzie czekała na nas maleńka przystań, kameralna tawerna prowadzona przez Panią na Rogach Zwierza. Jednym niczym niezmąconym skokiem dotarliśmy do wybranego celu, zacumowaliśmy Podróżnika i poszliśmy złożyć pokłony Pani owego uroczyska, przywitała nas promiennym uśmiechem jak dawno niewidzianych przyjaciół i ugościła najzacniejszą strawą, nieskalanej fabrycznymi miksturami smak poprawiającymi - posiłek był prosty, nie wymyślny, ale i doskonały w smaku, aromacie, sutości - prawdziwa domowa, co ja mówię staro dworska kuchnia. Sam klimat owego miejsca przypomniał SM i mi stare czasy, kiedy to krainę błękitu przemierzali tylko prawdziwi zapaleńcy, każdy żeglarz był drugiemu bratem a do wspólnego ogniska nie potrzebowałeś specjalnego zaproszenia wystarczyło wrzucić do ognia gałązkę i już obcy przestawali być obcymi. W tamtych czasach brzegi jezior rozświetlał blask ognisk, w aksamit nocy niósł się wspólny śpiew, to były czasy, gdy potrzebowałeś pomocy nie musiałeś o nią prosić każdy każdemu ją niósł bez pytania ze szczerą serdecznością, uściskiem dłoni, uśmiechem, a brać żeglarska była prawdziwą wspólnotą, którą łączył wiatr i fale. To były piękne czasy, trudne, surowe wymagające, ale przede wszystkim prawdziwe i raz jeszcze powiem piękne szkoda, że bezpowrotnie mijają ich echo pozostało tylko w takich miejscach jak Rogi Zwierza, nad którymi czuwają dobre duchy... Wieczorem opuściliśmy starą tawernę i udaliśmy się pod pokład Podróżnika gdzie wspominając dawne dzieje, gwarząc o rzeczach ważnych i zupełnie nieistotnych spędzaliśmy ostatni wieczór naszej wyprawy. Poranek przywitał nas szarym smutnym niebem, równym wiatrem, drobniutką mżawką i pożegnaniem - z przyczyn wyższych McB i ElC musieli opuścić pokład Podróżnika i udać się niezwłocznie do hacjendy ElC, z której przyszły niepokojące wieści wraz, a wraz z nimi przybyła Pani Panaceum by zabrać naszych druhów ze sobą - tak, więc na pokładzie zostaliśmy w trzech SparkMaster, Wielki Elektronik i ja. Niespiesznie przygotowaliśmy się do powrotnej drogi, pożegnaliśmy się czule Panią Rogów, oddaliśmy cum, ruszyliśmy kursem powrotnym. Wiatr nam sprzyjał i po niedługim czasie ujrzeliśmy keje macierzystego portu Podróżnika, chwilę później padł słowa "Tak stoimy". Zajęliśmy się klarem jachtu zgodnie ze starą szkołą, chcieliśmy, aby nasz dzielny Podróżnik zalśnił - tak mu podziękowaliśmy, iż bezpiecznie nas przez wielki-mały błękit prowadził. i tak oto kończyła się nasza włóczęga, może krótka, ale wiele radości dająca - patrzę na nią jak na nadzieje, że cham'y przywrócone żywym nie odejdą ponownie w zapomnienie i nie raz jeszcze wspólnie pożeglujemy goniąc horyzont... Panowie dziękuję - to był dobry czas.
...Szarpnijcie
go chłopcy z całych sił, skomentuj (4) |
|
|||||||