2010-06-28 12:46:34 >> O surfowaniu, o ostatnim takim miejscu w krainie błękitu a przede wszystkim o zmartwychwstaniu...

A.D. 2010

Dzień 28 czerwca.

Jakiś czas temu, gdy siedziałem na galeryjce rufowej Fregaty o Szkarłatnych Żaglach sącząc bursztynowy trunek w zacnym towarzystwie aromatycznie spopielającego się samego Le Comte de Monte Cristo przyszły do mnie wspomnienia o dawnych cham'ach, o męskiej włóczędze przez mały-wielki błękit, o prawdziwych przyjaźniach, o szczerych twardych chłopach... wszystko to zainspirowało myśl o zmartwychwstaniu [nie było by to pierwsze w historii świata]. Podzieliłem się tymi przemyśleniami z Gwiazdą Poranną, a ona bez namysły powiedziała "to bardzo dobry pomysł działaj Navigatorze". Nie tracą ani chwili rozesłałem chłopców okrętowych do potencjalnych uczestników ekspedycji z wiadomości: "Waszmościowie czas powrócić na stary szlak małego-wielkiego błękitu - przybywajcie". Pierwszy na wezwanie odpowiedział SparkMaster wielki znawca żeglarskiego rzemiosła i poskromiciel dwukołowych rumaków, chwilę później przyszła odpowiedź od McButcher'a, on również potwierdził udział. Tak jak przypuszczałem [po mimo przemyślnego fortelu – za dobrze mnie zna;)] Mroczny Ogniomistrz nie odważył się wyruszyć na spotkanie z wodą i wiatrem, ale mogę powiedzieć, iż próbowałem - nie wie, co stracił i niech żałuje. Ostatnie wiadomości przyszły od Wielkiego Elektronika i El Criadora i tak oto pięciu chłopa SparkMaster, McButcher, Wielki Elektronik, El Criador i ja postanowiliśmy ruszyć starym szlakiem cham'ów.

Dzień obrany na początek wyprawy przywitał nas słońcem, piekielnym żarem, bezchmurnych niebem a przede wszystkim nieruchomym powietrzem w skrócie mówiąc "lampa" no cóż i tak bywa. Pożegnałem się z Gwiazdą Poranną i Panem Wiatrów zarzuciłem worek na plecy i wraz z SM i WE ruszyliśmy w drogę ku przystań, na której to czekał na nas kołysząc się leniwie na falach Podróżnik, z McB i ElC spotkać mieliśmy się na już miejscu. Bez większych problemów dotarliśmy na miejsce, po dorodz zaopatrzyliśmy się w prowiant, co by po za syceniem duszy ciało także nie zostało zapomniane ;). Kiedy za zasztauowaliśmy wszystko, co należało zasztauować pod pokładem, oddaliśmy cumy i wreszcie poczuliśmy tak wytęskniony delikatny rozkołys błękitu, kołyszący spokojnie Podróżnikiem delikatny wiatr muśnięciem rozwinął foka, a my z SM ciesząc się lenistwem stwierdziliśmy, że stawianie grota jest zupełnie bezcelowe wszak pływanie na sztakslach jest wiece przyjemne, zacne, zgodne z sztuką a przede wszystkim pozwala cieszyć się lenistwem... Obraliśmy kurs na dobrze nam znany stary port, nad którym wznosił  XVII-wieczny pałac rodu Lehndorff. Cóż można więcej chcieć w takiej chwili ponad cudowne lenistwo na pokładzie jachtu spokojnie płynącego obranym kursem do celu, czuliśmy niemal czas przepływający nam między placami z identyczną prędkością, jaką osiągał Podróżnik... Ale żeby nie było za nudno i tak monotonnie to bogowie eteru i wodnej toni postanowili zgotować nam "maleńką" niespodziankę, niebo pociemniało, wiatr z lekkich podmuchów zamienił się w równy, lekko rosnący świeży wiatr a od północnego zachodu zaczęły dochodzić nas złowieszcze pomruki burzy okraszone widowiskowymi fajerwerkami piorunów pięknie kontrastującymi z czarnymi chmurami układającymi się w malowniczy kołnierz burzowy. Wraz z SM stwierdziliśmy, iż jedynym słusznym działaniem w tejże sytuacji jest "odpalenie katarynki" i jak najszybsze schronienie się w porcie przy kei, z której będziemy podziwiali widowisko natury racząc się mocnymi trunkami, co by ogrzać [prawdopodobnie za chwilę przemoknięte] ciała uczestników ekspedycji. Zamysł, który podjęliśmy do realizacji udało się nam wykonać prawie, w 100%, choć słowem kluczowym jest słowo prawie. W chwili, gdy od kanału prowadzącego do portu dzielił nas zaledwie kłódki skok bogowie żywiołów postanowili się z nami zabawić. W jednym mgnieniu oka świeży wiatr zamienił się w solidne szkwały a gładka toń jeziora w góry i doliny fal o przepięknie zwieńczonych pianą grzbietach. Co poniektóre bardziej ciekawskie fale pozwoliły sobie na zagoszczenie na pokładzie z przyjacielską acz niezapowiedzianą wizytą czyniąc przy tym lekki zamęt w śród niedoświadczonych członków naszej załogi [trzeba tu wspomnieć, iż po kilku słowach pokrzepienia i otuchy naprawdę dzielnie balastowali na burtach]. W czasie, kiedy SM dzierżąc rumple prowadził Podróżnika w tym dzikim tangu dosłownie  surfując od czasu do czas, na co większej fali, ja postanowiłem co nieco poprawić strój[foka] zdobiący nasz dzielny jacht, który na wzmagającym się wietrze pozwoli się rozwinąć w nieładzie. Pomimo usilnych starań i pomocy ElC przy wybieraniu fału rolera z przykrością muszę powiedzieć, iż nie całą "suknię" udało nam się zebrać oczywiście zmieniliśmy pełną suknię balową na mini, lecz nic to nie dało [roler bez sztywnego sztagu ma cudowną tendencję do plątania się i odmawiania współpracy w najmniej porządnych i oczekiwanych chwilach] przy jednym z szwów po prostu trzasło no cóż i tak bywa... Chwilę po tym bogowie uspokoili się pozostawiając nas w towarzystwie jedynie mało przyjemnego deszczu. Powoli, nie spiesznie zajęliśmy się klarowaniem pokładu, zabezpieczeniem foka, co by bardziej się "na szwie nie puścił" i innej równie przyjemnej krzątaninie, nagle przypomnieliśmy sobie, iż całą naszą taneczną zabawę McB spędził pod pokładem z pewną nutką nieśmiałości zajrzeliśmy przez zejściówkę pod pokład będąc przygotowanymi na krew, łzy, pot i wszelakie obelgi, ale... przywitała nas cisza, chłodny, niemy  spokój twarzy McB i "krajobraz". który gdyby nie liczyć fragmentów zastawy kapitańskiej z „wiedeńskiej porcelany” zaściełających podłogę jak przysłowiowe mchu runo nic by nie zdradzało, iż chwilę temu zatańczyliśmy surf-tango. Gdy już wszystko, co miało być sklarowane zostało sklarowane ponownie położyliśmy się na uprzednio obranym kursie i ruszyliśmy do portu, w którym to chcieliśmy znaleźć ciepłą strawę, osuszyć się i oczywiscie jakoś butelczynę a rano odszukać żaglomistrza by ten dokonał naprawy w garderobie Podróżnika - tym razem plan został zrealizowany w 110 % - skąd to nadprogramowe 10%, hmm o tym powinien opowiedzieć sam McB, ja nie śmiem;).

Po jakże miło spędzonym wieczorze... w gościnnym porcie rodu Lehndorff, poranek przywiał nas zapowiedzią pięknego i spokojnego dnia [tak, tak już to gdzieś słyszałem, można powiedzieć;)]. Oddaliśmy fok w ręce żaglomistrza, dokonaliśmy ablucji i udaliśmy się sniadać do górującej nad portem "tawerny", zamówiliśmy jadło i napoje by wzmocnić i pokrzepić się, rozsiedliśmy się ławą przy stoliku z piękną perspektywą dającą nam pełen obraz tego, co w basenie portowym dziać się zaczynało - a działo się wiele, czemu sprzyjają wiatr złośnik, co wiał równo, niezbyt silnie, ale z zupełnie "nie wygodnego" odejściu kierunku. Spożywając leniwie posiłek i racząc się pysznymi chłodnymi napojami obserwowaliśmy spektakl wystawiony przez współbraci żeglarzy pt. "nie-boska komedyja wyjścia" wiem, wiem nie uchodzi pozwalać sobie na zbytkowanie z trudu podejmowanego przez bliźnich tak, więc pozostawię to w uśmiechniętym milczeniu. Pozwolę sobie pominąć czas spędzony na oczekiwaniu na finał prac żaglomistrza uszczegóławiając jeno, że żaglomistrzem okazała się niewiasta biegła w sztuce nie tylko naprawy żagli, ale i w wynegocjowaniu ceny - siła wyższa;); i innych działa poczynionych przez naszą załogę przed ponownym wyjściem na mały-wielki błękit. Ale byłbym podłym, obrzydliwym profanem gdybym zapomniał wspomnieć o niespodziance, jaką nam zgotował McB gdyśmy to my właśnie sposobili się do wyjścia z portu. A mianowicie wraz s SM obmyśliliśmy sobie dość specyficzne acz wielce spokojne i leniwe odejście od kei. Ale po kolei oddaliśmy cumy rufowe [ tu należy wspomnieć, iż stanęliśmy rufą do kei] nie oddając cumy dziobowej, nad którą to pieczę sprawował McB pozwoliliśmy by wiatr nas odkręciła dziobem ku wyjściu z portu, w chwili, kiedy odpalaliśmy "katarynkę" jednocześnie z SM spojrzeliśmy na siebie z bardzo zdziwionymi minami, czując, iż Podróżnik powolny sile wiatru zaczyna wykonywać niezamierzony manewr prowadzący niechybnie do spotkania z przeciwległa keją. Co się okazało McB pracujący na cumie dziobowej stwierdził, w swojej dobroduszności, iż już dość się cumisko napracowało i można ją zwolnić nic nikomu nie mówiąc... na szczęście Podróżnik nabrał  dzięki "katarynce"dość skoro prędkości manewrowej i zażegnaliśmy niebezpieczeństwo przyłączenia się do trupy teatrum "wyjścia z portu" - całość skwitowaliśmy gromkim śmiechem i ogólną radością na pokładzie no może tylko McB jakoś nie spieszył się by do wesołości przystąpić... ;) zupełnie nie wiedzącz czemu.. Gdy już fale ponownie rozkołysały pieszczotami Podróżnika, a wiatr delikatnie muskał foka-suknię, obraliśmy kurs na sam kraniec krainy błękitu gdzie czekała na nas maleńka przystań, kameralna tawerna prowadzona przez Panią na Rogach Zwierza. Jednym niczym niezmąconym skokiem dotarliśmy do wybranego celu, zacumowaliśmy Podróżnika i poszliśmy złożyć pokłony Pani owego uroczyska, przywitała nas promiennym uśmiechem jak dawno niewidzianych przyjaciół i ugościła najzacniejszą strawą, nieskalanej fabrycznymi miksturami smak poprawiającymi - posiłek był prosty, nie wymyślny, ale i doskonały w smaku, aromacie, sutości - prawdziwa domowa, co ja mówię staro dworska kuchnia. Sam klimat owego miejsca przypomniał SM i mi stare czasy, kiedy to krainę błękitu przemierzali tylko prawdziwi zapaleńcy, każdy żeglarz był drugiemu bratem a do wspólnego ogniska nie potrzebowałeś specjalnego zaproszenia wystarczyło wrzucić do ognia gałązkę i już obcy przestawali być obcymi. W tamtych czasach brzegi jezior rozświetlał blask ognisk, w aksamit nocy niósł się wspólny śpiew, to były czasy, gdy potrzebowałeś pomocy nie musiałeś o nią prosić każdy każdemu ją niósł bez pytania ze szczerą serdecznością, uściskiem dłoni, uśmiechem, a brać żeglarska była prawdziwą wspólnotą, którą łączył wiatr i fale. To były piękne czasy, trudne, surowe wymagające, ale przede wszystkim prawdziwe i raz jeszcze powiem piękne szkoda, że bezpowrotnie mijają ich echo pozostało tylko w takich miejscach jak Rogi Zwierza, nad którymi czuwają dobre duchy... Wieczorem opuściliśmy starą tawernę i udaliśmy się pod pokład Podróżnika gdzie wspominając dawne dzieje, gwarząc o rzeczach ważnych i zupełnie nieistotnych spędzaliśmy ostatni wieczór naszej wyprawy.

Poranek przywitał nas szarym smutnym niebem, równym wiatrem, drobniutką mżawką i pożegnaniem - z przyczyn wyższych McB i ElC musieli opuścić pokład Podróżnika i udać się niezwłocznie do hacjendy ElC, z której przyszły niepokojące wieści wraz, a wraz z nimi  przybyła Pani Panaceum by zabrać naszych druhów ze sobą - tak, więc na pokładzie zostaliśmy w trzech SparkMaster, Wielki Elektronik i ja. Niespiesznie przygotowaliśmy się do powrotnej drogi, pożegnaliśmy się czule Panią Rogów, oddaliśmy cum, ruszyliśmy kursem powrotnym. Wiatr nam sprzyjał i po niedługim czasie ujrzeliśmy keje macierzystego portu Podróżnika, chwilę później padł słowa "Tak stoimy". Zajęliśmy się klarem jachtu zgodnie ze starą szkołą, chcieliśmy, aby nasz dzielny Podróżnik zalśnił - tak mu podziękowaliśmy, iż bezpiecznie nas przez wielki-mały błękit prowadził.  i tak oto kończyła się nasza włóczęga, może krótka, ale wiele radości dająca - patrzę na nią jak na nadzieje, że cham'y przywrócone żywym nie odejdą ponownie w zapomnienie i nie raz jeszcze wspólnie pożeglujemy goniąc horyzont... Panowie dziękuję - to był dobry czas.

 

 

 

...Szarpnijcie go chłopcy z całych sił,
Szarpnijcie go jeszcze raz,
Niech serca pompują krew do żył,
Ostatni to żagiel nasz.

Zdzierały nam szoty skórę z rąk,
A wicher posiłki słał,
Gwizdały wanty szantę swą,
Za szkwałem pędził szkwał...




skomentuj (4)




2010-06-16 09:19:46 >> 16061600 i dobrze mi z tym

A.D. 2010

Dzień 16 czerwca.

Nawet nie obejrzałem się jak minął ten rok, nastał kolejny 16 czerwca a mi  z tym bezzmiennie dobrze a nawet lepiej. Wiele się wydarzyło przez te dwanaście miesięcy a jeszcze więcej pozmieniało, niektóre rzeczy stanęły na głowie, ale i z tej perspektyw świat wygląda pięknie – dobrze, że jesteś… dziękuję.




skomentuj (3)




2010-03-29 11:51:27 >> Eol Pan Wiatrów

A.D. 2010

Dzień 24 marca.

No i stało się to, co stać się miało, wiedziałem, że moment największej zmiany zbliża się coraz szybciej, niesiony na skrzydłach wiatru i grzbietach fal. Doskonale wiedziałem, co i kiedy ma się stać, byłem pewien, z jestem na to przygotowany w 110 %. Oczywiście zwyczajowa niecierpliwość oczekiwania udzielał się mi coraz bardziej potęgowana niecierpliwością Gwiazdy Porannej, lecz starałem się trwać w spokoju. Tak jak to pięknie brzmi „trwać w spokoju”, nagle czas zaczął szybciej biec, każda chwila pospieszała następną depcząc poprzedniej po piętach, nie pozwalając złapać tchu, napinając nerwy jak wybierane szoty przy kursie na wiatr. Mimo, iż wszystko było gotowe, opracowane do perfekcji to musiałem twardo walczyć ze sobą, aby emocje nie wzięły góry nade mną. Tu pozwolę sobie opuścić szczegółowy opis wydarzeń, w który wraz z Gwiazdą Poranną doświadczyliśmy – powiem tylko, że ją podziwiam i jestem z niej dumny.

 A jak to mówi Mroczny Ogniomistrz dała radę w 150% a nawet więcej.

W przeciągu trzech godzin z małym haczykiem wszystko zostało przewartościowane, spojrzenie na świat odwrócone o 180 stopni, żadne słowa tego nie opiszą nie oddadzą emocji tak silnych, że chwilami głos w gardle zamierał a oczy się szklił - bardzo się cieszę, iż mogłem to przeżyć wraz z moją Gwiazdą Poranną a przede wszystkim, że już jest - Eol Pan Wiatrów. 




skomentuj (3)




2009-12-16 12:16:55 >> Przedziwna inspiracja i jej owoce...

A.D. 2009

Dzień 16 grudnia

Przysłuchiwałem się milcząco pewnej rozmowie a raczej monologowi osoby w swoim mniemaniu doskonałej podążającej jedyną słuszną drogą "prawdy" brukowaną wiarą [niestety muszę tu dodać "ślepą wiarą" wszech obecną w KRK naszych czasów]. Cały ten słowotok sączący się ze zgorzkniałego, zarastającego źródła niósł ze sobą slogany zaczerpnięte z kazań fal pewnego radia, zawiść, mannie nieomylności, potępienie każdego, kto śmiał wyrazić swoje odmienne poglądy [zawsze można wtedy było usłyszeć wielokrotnie powtarzane "opluwasz" itp.], ale nie będę się tu rozwodził nad owym potokiem eee tj. słowotokiem.

Wszystko to zainspirowało mnie do pewnych przemyśleń nad źródłem, skąd ta żółć wylewana na wszystkich i wszystko, co nie pasuje do obrazu kreowanego w tym "monologu"; owoc tychże przemyśleń pozwolę sobie zaprezentować poniżej.



"O Pannie Wtórnej"

Raz sobie Panna Wtórna przy piórze siedziała
Na młodzież i bogatych głośno narzekała
Nie bojącym się myśleć tak to za złe miała,
Że pejczem tępej wiary bez przerwy chłostała.
Kościoła oponentów czas cały ganiła,
"Najsłuszniejsze" poglądy szarakom głosiła.

Wtem! w drzwiach starych młodzieniec się jurny objawił
I swej młodości mocą jej odmianę sprawił.
Fałszywe cnoty oraz pragnienia obnażył
Pchnięciem upragnionym! (A niby tak jej wrażym).
Wnet z tej swojej dewocji Panna ozdrowiała
I już uroki życia głośno wychwalała.

Tak już jest, moi drodzy, z Pannami Wtórnymi
Co przez lata pożółkły myślami gorzkimi.





skomentuj (4)




2009-10-22 19:03:44 >> SS

A.D. 2009

Dzień 22 października.


Mrok gęstniał, otulając świat welonem tajemnicy, powietrze przepełniała jesienna wilgoć, Nomad spokojnie mruczał połykając kolejne mile czarnej, mokrej szosy zmierzając do posjedonowego zamku.

Wraz z Posejdonem postanowiliśmy uczestniczyć w chwilach całkowicie poświęconych SS, by poddać zmysły magii słowa i harmonii, pozwolić by zawładnął nami głos SS. Gdy dotarliśmy na miejsce, salę wypełniały tłumy gdyby nie poddani Posejdona moglibyśmy podziwiać mistrza z najdalszych miejsc półstojących, [czyli na jednej nodze] – na szczęście królewska loża już na nas czekała, zapewniając komfort i pozwalając chłonąć niezakłócenie słowa. Zebrany tłum falował, reagował jak jeden żywy organizmy na gesty, dźwięk głosu, SS – oczarował wszystkich zebranych bez wyjątku, kiedy spotkanie zbliżało się ku końcowi a SS próbował je zakończyć, spontaniczne owacje na stojącą zaowocowały, co najmniej 45 kolokwialnie mówiąc bisem…

Wracając długo rozprawialiśmy z Posejdonem o doskonałości mistrza słowa, pióra, harmonii…

 

Ech aż żal, iż takie chwile, wieczory trwają tak krótko i na następne trzeba niezmiernie długo oczekiwać.


skomentuj (2)




2009-10-08 10:10:54 >> wiatr zmiany przyniósł...

A.D. 2009

Dzień 8 października.

Jesienny wiatr wzmaga przyjemne kołysanie pokładu śliskiego od kropli porannej wilgoci, słońce powoli wschodzi nad horyzontem przebijając mroki nocy, Ghost Ship zadowoleniem skrzypi leniwie - tak jesteśmy w macierzystym porcie, wszystko sklarowane portowo...

Ech działo się w ostatnich kilku miesiącach a i zmiany zaszły wielkie a co najważniejsze to dobre zmiany...  jak by na to nie patrzeć dobre;). No, ale po kolei odczego by tu zacząć hmm wiem, wiem Mroczny Ogniomistrz rzekłby:" zacznij od początku" [o nim też kilka słów będzie] a zatem...

Początkiem wszystkiego było McButcher'owe, [w którym uczestniczyłem z wielką radością, co by nie powiedzieć radochą] knucie, planowanie sekretne spiskowanie, wszystko w największej tajemnicy a gdy już plany był gotowy to zaczęło się wyczekiwanie na odpowiedni moment, a co najgorsze żaden moment nie był odpowiednim. Ileż to razy wyprawialiśmy się w poszukiwaniu właściwego miejsca, sprawdzając godziny, w których to słońce odpowiednio cienie drzew rzuci, aby się zasadzka udała a przeciwnik niczego się nie spodziewając poddał się bez walki, co pozwoliłoby zminimalizować ryzyko ofiar do zera. Po wielu próbach, zmianach planów, miejsc i godzin udało się... wszystko zostało dograne, zaplanowane, co do minuty, dla pewności McButcher zakupił magiczny artefakt wzmacniający jego siłę, odwagę...;). Nastał w końcu długo wyczekiwany dzień McButcher prowadził niczego niespodziewającego się przeciwnika prosto w zasadzkę, której strzegłem wraz z Gwiazdą Poranną. Gdy się zbliżali dostrzegliśmy, iż przeciwnik wiedziony w pułapkę prowadzi posiłki niewielkie, ale jednak mogące być groźne, cóż na reakcję było za późno, jedyne, co mogliśmy zrobić to obserwować z zapartym tchem bieg wydarzeń. To, co ujrzeliśmy  nie da się opisać  ni to prozą ni  to wierszem, nagle spostrzegliśmy McButcher’a klęczącego, nad nim stali przeciwnicy... w ostatniej chwili nasz bohater wyją z ukrycia artefakt, ruchem szybszym niż myśl umieścił go na palcu przeciwnika… i stało się, czas zwolnił bieg… a Panna Panaceum powiedziała TAK. Wszystko skończyło się pełnym sukcesem a co było dalej to już inna historia ;).

No tak miało być także o Mrocznym Ogniomistrzu, już, już opowiadam. Były piękny słoneczny dzień, lekka bryza od morza sprawiała, iż nawet mocno grzejące słońce nie było dokuczliwe, siedziałem na galeryjce rufowej Ghost Ship’a rozkoszując się kołysaniem pokładu, złocistym płynem w szklaneczce o lekkim torfowym aromacie… nagle na trapie pojawił się On Mroczny Ogniomistrz, z miną jeszcze bardziej mroczną i nie przeniknioną niż zawsze... [w sumie mogłem się tego spodziewać, ale...] bez słowa powitania rzekł „zdecydowałem się, podjąłem decyzję ostateczną, nic mnie nie powstrzyma zrobię to”. Krew mi w żyłach zmroziło, domyślałem się, co ma zamiar zrobić, a jego determinacja nie pozwoliła mi zaprotestować jedyne, co mogłem uczynić, to towarzyszyć staremu przyjacielowi w drodze ku przeznaczeniu. Umówiliśmy się na dzień następny by ekwipunek na wyprawę zakupić. Najpierw udaliśmy się do kowala, który to wykuwał z przeróżnych metali broń wszelaką, amulety, kajdany, obroże i inne narzędzia tortur, nabyliśmy, co trzeba i ruszyliśmy dalej. U zielarza byliśmy wczesnym rankiem dnia, w którym MO miał się spotkać z przeznaczeniem [zioła musiały być jak najświeższe, zerwane przy blasku księżyca by moc mieć najsilniejsza, co dawało minimalną szansę przeżycia MO, ale zawsze to jakaś szansa...], mieliśmy już wszystko, w milczeniu powoli wracaliśmy  na pokład Ghost Ship’a. Po dotarciu na fregatę, nieszczęśnik odział się w galowy mundur z wypolerowanymi epoletami, w wyglancowanych oficerka odbijały się promienie słońca [piękny to był dzień by spojrzeć w oczy przeznaczeniu], ruszył bez słowa… Kilka godzin z drżeniem oczekiwałem wieści od /lub o przyjacielu, powoli traciłem wszelką nadzieję… i nagle nad klifem gdzie stała jedna z baterii MO rozległ się głuchy pomruk salwy ze wszystkich rur....  był to salut na wiwat! Zatem stało się, chwilę później przybył posłaniec od MO, z wieścią, iż Księżna Von Vohna przyjęła awanse i podobnie jak  McB, MO usłyszał TAK.
Uśmiechajac się do własnych myśli...;) wychyliłem szklaneczkę...

I tak oto przyjaciele moi złożyli najcenniejszy swój skarby „wolność” u stóp swych wybranek a one ich przyjęły… cóż więcej rzec można „Żeńcie się Panowie, po co… „ Ech łezka się w oku kręci na wspomnienie tamtych chwil, kiedy dzielni kawalerowie stawali naprzeciw przeznaczeniu i cało wychodzili z tej potyczki – i dobrze im tak.

Jest jeszcze jedna zmiana dla mnie najważniejsza i najdroższa, ale o tym opowiem następnym razem… eech będzie się działo na pokładzie Ghost Ship’a oj będzie!!!;)




skomentuj (0)




2009-06-16 14:52:22 >> oczy śledzą blask gwiazdy wyznaczającej kurs bezpieczny...

A.D. 2009

Dzień 16  czerwca.

mijają dziś dwa lata, sam nie wiem, kiedy i jak przeminął ten czas. Czy coś się zmieniło - to pytanie  towarzyszyło mi przy porannej kawie, odpowiedź jest jedna nic, a raczej prawie nic się nie zmieniło może "tylko", iż z każdym dniem jest pełniej,  mocniej, jest po prostu lepiej...
Dziękuje

 




skomentuj (0)




2009-06-09 12:32:39 >> Za szczęśliwą opatrzność...

A.D. 2009

Dzień 09  czerwca.


tak właśnie, dziś wzniosę stary stalowy kubek, który dobrze mi służy przez wiele lat wypełniony brązowym rumem – za opatrzność, co wychodzących w morze szczęśliwie do portu sprowadza, niech nad ludźmi morza stale czuwa.

I znów jestem na lądzie, wszędzie stałość, sucho i ciepło, nikt nie wyrywam mnie ze snu w środku nocy wołając „Panie III” czas na wachtę [psią wachtę], nie usłyszę także alarmu do żagli… ale jednak morza niedosyt chyba mam już we krwi. Cóż mogę powiedzieć piękny rejs, wspaniali ludzie – prawdziwi ludzie morza, twardzi, ale za serce i prawdę tą samą monetą odpłacający bez fałszu czy obłudy, którą tak często spotykamy na tak zwany stałym lądzie [ale gdzie mu tam do stałości i prawdziwości rozkołysanego pokładu]. Jacht eeech dzielny 40 stopowy Dąb, z niezwykła gracją pokonywał fale, które czasem przysłaniały nam horyzont, porywisty wiatr dochodzący do 40 węzłów, niosący ze sobą nierzadko grad tylko zachęcał go tańca na grzbietach fal – nic mu nie przeszkodziłoby dotrzeć bezpiecznie do macierzystego portu.
A w porcie, w porcie przywitała mnie moja Gwiazda Poranna spełniając moją tęsknotę, co na morzu mi towarzyszyła – czy to nie dziwne, że człowiek w duszy nosi dwie tęsknoty za morzem będąc na lądzie i za bliskimi przemierzając wielki błękit… nie będę stopniował ich obie są równie silne a zarazem jakże odmienne a może nie… no nic nie ma, co się rozwodzić popadając w sentymentalną nutę, zatem na tym zakończę, lecz może powrócę do wspomnień i ubarwię je chwilami w kadrze uwiecznionym.

 

...Kiedy w plecach czuję wachty znój,
Kubek rumu wychylę do dna.
W oddali światła portu lśnią,
Tak jak oczy Colin Brown.

O powrót z losem w kości gram
Przez wiele groźnych mórz.
Na pokładzie wiatr uderzy w twarz,
Fala zmyje smutku kurz...




skomentuj (0)




2009-05-29 08:47:07 >> ... jeszcze raz gonić horyzont

A.D. 2009
Dzień 29 maja

Zimny październikowy wiatr niosący ze sobą morską wilgoć wciskał w każdą szparę ubrania przejmującą jesienny chłodem mżawkę. Szaro stalowe chmury łączyły się na linii horyzontu z morzem w zafalowanym zespoleniu, nie można było określić gdzie kończą się fale a gdzie zaczyna się niebo. Patrząc na ten taniec żywiołów oczywistym było jedno – na poprawę pogody nie ma co liczyć, zapowiadał się mokry zimny tydzień, rozkołysany wiatrem. Jesień całkowicie zapanowała na wybrzeżu, port we Władysławowie doskonale wtapiał się swoimi barwami jesienną szarugę tylko gdzie niegdzie widok ożywiały kolorowe burty stojących na cumach kutrów, leniwie czekających wyjścia na połów.
Tak właśnie wiele lat temu zaczynał się mój pierwszy w życiu rejs – morski rejs. Stojąc na deku starego drewnianego opala chciwie chłonąłem wilgotny zapach wiatru niosącego ze sobą słony smak morza, rozkoszowałem się tymi chwilami wyjścia z portu, pracy przy żaglach by załapać wiatr, obrać kurs na horyzont… Do dziś to czuję za każdym razem jak wypływam, jak wychodzę w morze magia tych chwil przepełnia mnie, nie odczuwasz chłodu, deszczu, trudu pracy na linach – jest tylko morze...
Jak będzie tym razem, co przyniesie nam Bałtyk tak nieprzewidywalny, kapryśny, nieobliczany w swej sile, ale zarazem jakże piękny, mistyczny. Jak to mówią słowa pewnej szanty ...jak wrócimy opowiemy wam… a zatem za tych, co na lądzie, bo my w morzu zawsze damy sobie radę.

Tysiące strof piękno Twe już zna
I nie ma gamy Twoich barw,
A Ty wciąż dumne i zachłanne tak,
Urodą swoją stale mamisz nas
I znów w chłopięcych jesteś snach...

Czy w martwej ciszy, czy w sztormie, ja to wiem:
Nieczułe jesteś morze me.
Czy błogosławić, czy przeklinać mam ten dzień,
 W którym w niewolę wzięłoś mnie?

Z chłopięcych marzeń co zostaje, gdy
Już Twą prawdziwą zna się twarz?
Oraczem Twoim dzisiaj jestem i
Ech, jakże ciężko wiernie służyć Ci,
Lecz chyba sól we krwi już mam...

Swą smugę cienia już za sobą mam,
Poznałem Twe zasady gry.
I nie mam żalu, cóż, wybrałem sam,
Choć czasem jeszcze muszę przyznać się:
Świat wielkich żagli mi się śni…




skomentuj (3)




2009-05-07 21:13:27 >> Nieś się w dal, aż się sam staniesz morzem

A.D. 2009
Dzień 07 maja.

Spokojny majowy wieczór, w powietrzu pełna gama aromatów wiosny, świeżości zbliżającej się nocy tło wypełnią dźwięki starego tęsknego bluesa dopełniane odgłosami przychodzącymi z cienia, noc budzi się do życia… A moje myśl wybiegają już na morze, wiem, że niedługo wypłynę, pogonię za uciekającym horyzontem.  

Nieś się, stateczku, przez fale złudne.
Łopoczą żagle jak zmięte ruble.
Z ładowni słychać skowyt republik.
Skrzypienie burty.

Trzeszczy w szwach co opina żebra.
W morzu drapieżnych ryb pewnie nie brak.
Nawet pasażer o silnych nerwach
Rzyga jak struty.

Nieś się, stateczku, w burz kłębowisku.
Sztorm, choć wścieklejszy jest od pocisku,
Bezsilniej słucha władnego świstu -
Tak bardzo, że aż

Nie wie, gdzie pędzić: w tę? W tamtą? W jeszcze
Inną? Bo cztery strony ma przestrzeń,
Jak cztery ściany - każde z pomieszczeń,
Choćby w nich mieszkał Boreasz.

Nieś się i nie bój, że skalny wytęp
Przebije burtę. Odkryjesz wyspę,
Jedną z tych wysp, gdzie sto lat po wszystkim
Krzyże dostrzegasz,

Gdzie obwiązany tasiemką pakiet
Listów sprzedaje ci dziecko: takie
Błękitne oczy jawnym są znakiem -
Ojcem był żeglarz.

Nie wierz, stateczku, przewodnim gwiazdom:
Tyle ich tam, że niebo jest zjazdem
Sztabu głównego. Gdy straszą nas tą
Próżnią nad głową ,

Wierz tylko temu, co się nie zmieni:
Wierz demokracji wolnych przestrzeni,
Która, choć w burzach sporów się pieni,
Ma dno pod sobą.

Jedni w dal płyną na złość losowi.
Inni - dosolić Euklidesowi.
Inni znów - po to, by mieć to z głowy.
Wszystko to nieźle,

Lecz ty, stateczku, o każdej porze
Dostrzeż horyzont choćby w horrorze,
Nieś się w dal, aż się sam staniesz morzem,
Nieśże się, nieśże…

...to niesamowite uczucie nosić w sercu dwie tęsknoty jedną za morzem będąc na lądzie drugą za domem, gdy los kładziemy na fali, ale wiem, że drogę powrotną wskaże mi moja Gwiazda Poranna.





skomentuj (2)




2009-04-29 22:19:48 >> Odi Profanum Vulgus

A.D. 2009
Dzień 29 kwietnia.

Tłum w świątyni zakupów, ślimaczy się z prędkością poniżej glonowej. Przede mną dwie przedstawicielki w wieku okołoprzedbrontozaurowym prowadzą rozmowę w czystej formie klasyki, czyli - jak to im jest źle, jaki to X'sinski czy Y'kowska jest zła, bo ma to albo tamto, a na pewno kradnie i jest suką. A na koniec wisienka na torcie kultowy temat kościołkowy, iż tylko one i ich pasterz mają rację i wszechwiedzę a co inne to złe plugawe... eech jak ja lubię tą hipokryzję.
To mi przypomniało jeden z moich ulubionych utworów a zatem moi drodzy czytelnicy i czytelniczki przed wami: 
"Odi Profanum Vulgus" i to w jakim wykonaniu !!!




skomentuj (2)




2009-04-21 19:56:20 >> kurs ku krainie mroku...

A.D. 2009
Dzień 21 kwietnia.

Zdarzyło się pewnego razu, ot taki zwykły wieczór spędzony na galerii rufowej Ghost Ship'a, w otuleniu aksamitem mroku z tłem, jakie stworzył dla mnie Nightwish a przede wszystkim w oczekiwaniu na Gwiazdę Poranną - eech pięknie jest czekać z tą niecierpliwością, wiedzą, że za chwilę się zjawi spełni czekanie... Memu oczekiwaniu towarzyszył sam Monte Christo wypełniając powietrze bogactwem aromatów, przywołując marzenia o dalekim kraju... oddając ciepłem klasyczną pełnie smaku, wszystko to przyprawiłem ambrozją, którą to polecił mi sir J.B. Niebo wolno zasnuwało się lekkimi chmurami, które Książę Cienia podświetlał tworząc fantastyczne poświaty eech pięknie... moje myśli wybiegały ku Gwieździe Porannej podsycając niecierpliwe oczekiwanie. Wszystko to przypomniało mi pewne słowa:

…W mroku jest dość bezpiecznych miejsc

Z dala od gestów, min i przebrań

W mroku, na samym nocy dnie

Złota i srebra nie ma w naszych ciał katedrach

Bo noc jest dobra i przejrzysta

Jak kryształ, mroku głębia szklista...


Dobrze, że jest noc, Pani spokoju pozwalająca na wytchnienie, marzenia dzieląca się swoją kameralnością z wszystkim tymi, którzy dostrzegają piękno mroku, półcieni… tym, którzy pod powiekami noszą najskrytsze, najprawdziwsze pragnienia - chroniąc je przed codziennością. Wiem, że są tacy, co w mroku widzą tylko ciemną pustkę, w półmroku upatrują ułomność ludzką oddającą nocy cząstkę siebie. Szkoda tylko, że tak zapatrzeni a raczej zaślepień w swojej własnej jasności nie mogą dostrzec nic po za fałszywym blaskiem, dotykają zamiast czuć, słuchają nie słysząc - przypominają Midasa tak zachłyśniętego zlotem, iż po za mamiącym blaskiem już nic nie mógł dostrzec i tak gorzknieją łudząc się odblaskami życia, co nie tylko dniem, ale i nocą płynie, o czym zapominając w swojej ułomność - no, ale dość o tym.  

Za chwilkę pojawi się moja Gwiazda by spełnić czekanie, wspólnie zanurzyć się w mroku aksamitnych półcieni… wiem jest

…Trud ludzi pod gwiazdami
w gigantycznych miastach pochód dni
to wszystko będzie z nami
po kres słów po kres naszych dni

Kocham - nic się nigdy nie zdarzyło
Kocham - wszystko miłość
Na pustej plaży ślady stóp
tak się odchodzi i powraca tu
na wieczny zew otwartych serc
Kocam Cię







skomentuj (2)



Dziennik Pokładowy Ghosta

Goście na pokładzie

2010
czerwiec
marzec
2009
grudzień
październik
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty




Fały i szoty
Sprzedawca Współczesny Tezeusz w labiryncie półek...
Martel O co w tym wszystkim chodzi...
Lestat syn Camarilli Przewodnik po krainie cieni i półcieni...